Dodano: 14 December, 2011

Kim jest Tutek?

Kim jest Tutek?

Rozmowa z Kamą Kowalewską, aktorką grającą postać Tutka

Czekolada z chilli 

Imię wymyślił jej Jan Machulski i być może dlatego została aktorką. Mogła być piosenkarką, ale jako nastolatka zagrała w słynnych filmach Macieja Dejczera i Agnieszki Holland. Od 12 lat występuje w kaliskim teatrze, ale to jej nie wystarcza. Jednocześnie występuje w telewizji, organizuje turnieje tenisowe  i układa bukiety.

Robert Kuciński: Jakie dzieciństwo miała córka Trubadura, Sławomira Kowalewskiego?

Kama Kowalewska: Na pewno dostatnie. Ojciec koncertował wówczas zarówno w Związku Radzieckim, jak i w Stanach Zjednoczonych. Jako dziecko miałam wszystko, czego zapragnęłam. Pamiętam również, że ojciec założył pierwszą w Łodzi wypożyczalnię kaset video, ale jednak najwięcej czasu spędzałam z moją mamą.To od niej nauczyłam się wszystkiego, co dziewczynka powinna umieć… Może z wyjątkiem gotowania, bo tego nie lubię. Mama była dla mnie wtedy  i ojcem, i matką. Wiem, że miała ciężko, bo ciągle była sama z dwójką dzieci. Nasz dom często odwiedzali muzycy, oczywiście Krzysztof Krawczyk i reszta zespołu. To było trochę toksyczne środowisko, choć nie miałam wtedy świadomości tego. Z dystansu czasu myślę, że naturalnie z siostrą, młodszą o cztery lata Mają, chłonęłyśmy to, co wiąże się z obszarem muzyki popularnej.

RK: Mimo popularności „Trubadurów”, związanych z nią częstych wyjazdów zespołu, ojciec znalazł czas, aby skomponować piosenki dla swojej córki.

-  Z okazji Pierwszej Komunii dostałam od wujka z Danii takie małe pianinko Casio. Pojechałam z tym instrumentem na wakacje. Zorganizowano dla dzieci  przebywających w tym  pensjonacie spotkanie z twórcami Tik-Taka.Odwiedziła nas tam Ewa Chotomska, czyli Ciotka Klotka. Posłuchawszy, jak gram na tym instrumencie, zapytała, czy nie chciałabym wystąpić w programie „Fasola”. Dopiero później połączyła moją osobę ze Sławomirem Kowalewskim i zaproponowała, aby mój tata napisał muzykę do tekstu jej autorstwa. Tak powstały słynne „Zielone ufoludki”, które szybko podbiły serca dzieci. Piosenka trafiła na pierwsze miejsca list przebojów, co spowodowało – był to nie lada wyczyn – zdetronizowanie Natalii Kukulskiej. Na fali sukcesu ufoludkowego powstała kolejna, również  przebojowa, piosenka – „Fantazja”. Zaśpiewałam ją razem z siostrą.

To była znakomita przygoda z piosenką, z telewizją, która wiązała się nie tylko z tworzeniem programu, ale także mnóstwem koncertów z zespołem „Fasolki” oraz wspólnymi artystycznymi wakacjami. Można to nazwać moim pierwszym poważnym doświadczeniem estradowo-scenicznym. Miało to oczywiście wpływ na moje życie, bo wymagało niezwykłego skupienia, aby nie zniszczyć sobie edukacji. Na szczęście nauczyciele z podstawówki byli bardzo wyrozumiali.

RK: Kto wie, jak dalej rozwinęłaby się Twoja wokalna kariera, gdyby nie przygoda z filmem…

- Miałam wtedy 13 lat, gdy – za namową mojej mamy – wzięłam udział w castingu. Reżyser Maciej Dejczer popatrzył na zgromadzone dziewczęta i od razu zawyrokował: ta za mało wyrazista, ta jakaś tam, a ty – spojrzał na mnie – za niska. Nawet się nie odezwałam. Wróciłam jednak z wakacji i okazało się, że ta dziewczęca rola w filmie „300 mil do nieba” wciąż jest nieobsadzona. Broniłam się usilnie przed drugim castingiem, wiedząc, że jestem za mała, ale mama gorąco mnie namawiała. Poszłam dla świętego spokoju i zupełnie bez przekonania. Później zauważyłam, że taka postawa jest dla mnie dobra. Zawsze gdy mi na czymś nie zależy, to dostaję to od losu. Dejczer znowu spojrzał na mnie i powiedział „za niska”, ale dodał „jak już jesteś, to spróbuj”. Dostałam do ręki dialog z filmowym ojcem, Zdzisiem – ostry i dość wulgarny. Jakoś szybko go wchłonęłam (śmiech) i zaprezentowałam najpierw przed kamerą, potem bezpośrednio do reżysera. I wtedy Dejczer powiedział: zostajesz.

RK: I już wtedy zupełnie zapomniałaś o śpiewaniu…

- To się potoczyło troszkę inaczej. Przy nagrywaniu trzeciej piosenki okropnie męczyłyśmy się z siostrą w studiu. Generalnie te sesje nagraniowe w wygłuszonych pomieszczeniach niezbyt mi się podobały, więc powiedziałam: Tato, już nie chcę.

RK: W Twoim salonie stoi jednak fortepian.

- Tak, bo skończyłam pierwszy stopień Szkoły Muzycznej w klasie fortepianu. Taką miałam umowę z ojcem, że jeśli nie poczuję się w tym dobrze, to nie zacznę średniego etapu. A fortepian jest prezentem ślubnym od moich teściów.

RK: Cóż, to był właśnie moment pierwszych filmowych doświadczeń, więc myślę, że łatwiej było nastolatce zwrócić się ku wielkiej przygodzie z kamerą. Przypomnijmy, że „300 mil do nieba” było naprawdę wydarzeniem. Czy czułaś, że bierzesz udział w wyjątkowym przedsięwzięciu, Najlepszym Młodym Filmie Europejskim roku 1989?

- Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę, ale dostrzegałam niezwykłe zaangażowanie całej ekipy. Znakomicie się tam czułam, bo otoczona byłam więcej niż profesjonalną opieką. Ja, Wojtek Klata i Rafał Zimowski byliśmy najważniejsi. Co chwilę pytano, czy chcemy jeść albo pić, czy dobrze się czujemy. Do szkoły wożono nas taksówkami. Były i dodatkowe ekscytacje, bo nauczyłam się jazdy na motorze. Umiałam ruszać z piskiem na jednym kole. Potem byłam szychą na podwórku, bo moi koledzy tego nie potrafili. Lekcje jazdy w zimowych warunkach pobierałam u żużlowego Mistrza Polski, a każde moje posunięcie było asekurowane przez kaskaderów.

RK: Oprócz nagrody w Cannes film Dejczera zdobył również Złote Lwy za debiut oraz Nagrodę Dziennikarzy Zagranicznych. Radość z udziału w „300 milach do nieba” trwała zatem dłużej.

- Tak, odwiedzaliśmy festiwale. W wywiadach często padało pytanie, czy żałuję, że nie wyjechałam do Danii. Dejczer nawet myślał o „dokrętkach”, żeby moja postać umieścić również w tej zagranicznej części filmu, ale już nie było na to czasu. „300 mil do nieba” to również spotkania z ciekawymi ludźmi. Na planie znakomicie pracowało mi się na przykład z Krzysztofem Stroińskim, moim filmowym ojcem. Patrzyłam na niego z wielkim podziwem. Po premierze filmu z kolei zadzwonił do mnie agent Agnieszki Holland i zaprosił na spotkanie w jednym z łódzkich hoteli.

RK: I tak wkroczyłaś do europejskiej kinematografii…

- Pani Agnieszka powiedziała, że oglądała ze wzruszeniem „300 mil do nieba” i spodobała się jej moja gra. Zaproponowała mi w „Europa, Europa” rolę Kati, córki szynkarza. Nie musiałam mówić po niemiecku, bo tego się obawiałam. Reżyserce właśnie przede wszystkim zależało na moim „języku ciała”. Sceny były trudne, zwłaszcza dla 14-letniej dziewczyny. Rozważano pokazanie piersi, dotykanie przyrodzenia chłopaka. Sama Holland zastanawiała się, czy można to tak pokazać. W efekcie zrezygnowano z wersji zbyt drastycznej.

RK: To była bardzo ciekawa, ale z pewnością nie jedyna propozycja od reżyserów.

- Telefonów było mnóstwo, zarówno od studentów „filmówki”, którzy kręcili etiudy jak i  od reżyserów profesjonalnych. Mnie zainteresowała propozycja Wojtka Nowaka. To była rola upośledzonej Celiny w „Śmierci dziecioroba”. Ciekawe, choć zgoła odmienne od pozostałych doświadczenie.  To już była polska rzeczywistość. Zachowałam jedynie w pamięci spotkania z interesującymi ludźmi: z aktorką Anką Majcher czy córką producenta - Faustyną Szebestą.

RK: Chyba po filmie Nowaka Twoja filmowa kariera przystopowała.

- Tak, nastąpiła cisza, ale dobra dla mnie, bo mogłam spokojnie rozpocząć naukę w liceum. Mimo że zachowałam w pamięci wszystkie rady starszych aktorów, że powinnam pójść do szkoły teatralnej, to jednak uczyłam się w szkole średniej z przekonaniem, że będę studiować psychologię. Dużo myślałam o wolontariacie, chciałam pomagać ludziom, brać udział w akcjach humanitarnych. Przez moment myślałam o weterynarii.

RK: I nie zamęczały cię polonistki prośbami o udział w konkursach recytatorskich?

- Ależ tak. To realizowało się swoją drogą. Nawet znalazłam niedawno dyplom Konkursu Poezji Śpiewanej. Całkowicie o nim zapomniałam.

RK: Coś się jednak stało, że wybrałaś szkołę teatralną.

- Tu znów zadziałała moja mama. „No spróbuj” – mówiła. „Co ci szkodzi?”. Okazało się, że w życiu nic nie dzieje się przypadkiem. Moja mama będąc w ciąży spotkała w pociągu ś.p. Jana Machulskiego. Nie znali się wcześniej. Ot, niby nic nieznacząca pogawędka w podróży. Pan Machulski zapytał mamę, jakie imię wybrała dla dziecka. Ta – przekonana, że urodzi syna – odpowiedziała, że Sławek, że nad imieniem dla dziewczynki w ogóle się nie zastanawiała. Wtedy Pan Jan powiedział: „Gdyby jednak urodziła się dziewczynka, to proszę dać jej imię Kama. To była piękna aktorka, z którą kiedyś występowałem”. Mama mi o tym powiedziała, ale chyba nie przypuszczała, że opiekunem pierwszego roku łódzkiej szkoły teatralnej, właśnie w chwili, gdy ja przekroczę mury tej szkoły, zostanie Jan Machulski.

Egzaminy nie miały nic z magii… Chociaż, czy ja wiem… Na pierwszym etapie wmawiałam sobie, że mi nie zależy. Na drugim i trzecim choć zażarcie walczyłam, to wydawało mi się, że cała komisja się ze mnie nabija, a ja robię z siebie kretynkę. W końcu dostałam się z pierwszą lokatą, co wprawiło mnie w nie lada zdumienie.

RK: Czy profesor Machulski poznał prawdę o wyborze Twojego imienia?

Gdy nabrałam śmiałości, opowiedziałam mu o tym. Nie mógł uwierzyć. Myślę, że nie tylko z tego powodu, lecz z wrodzonej serdeczności, bardzo mi pomagał. Moi rodzice byli już po rozwodzie, a ja od razu po maturze postanowiłam wyprowadzić się z domu. Nie miałam pieniędzy na wynajem mieszkania i pożyczył mi je …Jan Machulski. Ojciec obiecał mi załatwić pracę na wakacje w USA, więc mogłam zawrzeć umowę, w której zobowiązałam się do szybkiego zwrotu pożyczki. I rzeczywiście podczas studiów wyjeżdżałam rokrocznie do Stanów Zjednoczonych, by sprzątać i gotować ludziom lub opiekować się dziećmi, a jednocześnie zapewnić sobie niezły byt w Polsce.

RK: Czy dziewczynie, która zagrała już u Dejczera i Holland, było łatwiej w łódzkiej „filmówce”?

- Nie miałam taryfy ulgowej. Z wielkim entuzjazmem oddałam się poznawaniu warsztatu teatralnego. Najwięcej w tej mierze zawdzięczam Zofii Petri i Michałowi Pawlickiemu. To właśnie ci profesorowie na pierwszym roku dokonali w nas tzw. „otwarcia”. Jan Machulski był naszymi pierwszymi egzaminami zachwycony. To był czas skupienia na nauce, bo wówczas studentom raczej nie pozwalano  na udział w profesjonalnych przedstawieniach i filmach. Jednak w trakcie III roku odwiedził nas Jan Buchwald, dyrektor kaliskiego teatru, który poszukiwał dziewczyny do roli Ani w „Wiśniowym sadzie” Czechowa. To Bronisław Wrocławski – ku mojemu zdumieniu – wskazał na mnie.

RK: I tak trafiłaś do Kalisza…

- Tak, zaraz po „Wiśniowym sadzie” otrzymałam jeszcze rolę w „Alicji w krainie czarów”, na co szkoła też wyraziła zgodę. Egzaminy teoretyczne zdawałam w Łodzi, a praktyczne – na scenie w Kaliszu. Końcówka mojej edukacji zrobiła się taka eksternistyczna, więc nie zagrałam w spektaklach dyplomowych z moim rokiem, tylko w Kaliszu, czyli w „Przy drzwiach zamkniętych” i „Chorobie młodości”.

RK: Oba tytuły pojawiły się jednak w repertuarze kaliskiego teatru. W obu zagrałaś. Kolejne role związały Cię ze Sceną nad Prosną, a już po chwili więź z naszym miastem wzmocnił przystojny tenisista.

- Grzegorz, obecnie mój mąż, pojawił się właśnie w trakcie realizacji „Choroby młodości”. Po półtora roku znajomości wzięliśmy ślub w łódzkiej katedrze. I właśnie świętujemy 10-lecie związku małżeńskiego.

RK: Masz dwoje dzieci. Max ma 7 lat, a Marysia – cztery. Odnoszę wrażenie, że rodząc dzieci wcale nie zeszłaś z teatralnej sceny.

- Po pierwsze: mimo zmian na stanowisku dyrektora kaliskiego teatru wciąż otrzymywałam propozycje kolejnych ról. Po drugie: moje ciąże układały się w taki sposób, że właściwie mogłam grać niemal do końca sezonu i szybko powrócić w kolejnym.

RK: Pamiętając swoje doświadczenia z dzieciństwa, to, że świat artystyczny bywa niebezpieczny, starasz się swoje pociechy ochraniać. Nie wychowujesz dzieci w teatrze.

- Chronię swoją prywatność. Staram się oddzielać ją od tego, co zawodowe. Rodzina potrzebuje stabilizacji. Między innymi z tego powodu nie uczestniczę aktywnie w życiu towarzyskim, co artyści na ogół bardzo lubią. Aktor-mężczyzna może sobie pozwolić na więcej, aktorka-matka nie może zapomnieć o obowiązkach wobec dzieci, które – zwłaszcza w pierwszych latach – potrzebują jej we dnie i w nocy.

RK: Od Ani w „Wiśniowym sadzie” do Emigrantki w „Summertime”. Dwanaście lat na kaliskiej scenie. Którą z ról cenisz najbardziej? Który sezon przyniósł Ci najwięcej satysfakcji?

- Z pewnością pierwsze lata wspominam szczególnie miło. Zawsze straszą studentów atmosferą w teatrze, przestrzegają przed animozjami w zespole aktorskim i zazdrością o kolejne role. Niczego takiego nie zaznałam. Wkroczyłam do teatru, w którym – bez przesady – nie wszyscy byli dla siebie przyjaciółmi, ale byli dla siebie życzliwi. Chętnie powracam pamięcią do roli Lucy z „Choroby młodości”, choćby ze względu na pracę z Iwoną Kempą oraz do roli Nell Gwyn ze „Stworzeń scenicznych”, ponieważ – na co świadomie pozwolił Robert Czechowski - ten spektakl w dużej mierze aktorki same wyreżyserowały.

RK: Ciągnie Cię do ról kobiet mocnych, do złych charakterów. To zrozumiałe, zwłaszcza w sytuacji, gdy oceniając twoje zewnętrzne predyspozycje, kolejni dyrektorzy podsuwają Ci role słodkich dziewcząt. Ty potrafisz jednak jeździć na motorze (tak jak w „300 mil do nieba”), zagrać kibola (jak w jednym z odcinków „Na dobre i na złe”) czy generalnie – skryta w kostiumie – być chłopakiem (tak jak w telewizyjnym programie „Kino Tutka”). Z jednej strony zaprzeczasz wizerunkowi słodkiej blondynki, z drugiej – dajesz upust kobiecej pasji nie tylko w tworzeniu rodzinnego domu, ale także w projektowaniu ozdób i kompozycji kwiatowych.

- Wszystko zaczęło się od strojenia własnego domu przy każdej nadarzającej się okazji. Z okazji Bożego Narodzenia, Wielkanocy czy Walentynek sprawiałam przyjemność sobie i rodzinie. Ot tak, żeby nacieszyć oko. Kryje się jednak za tym moja niegasnąca potrzeba zmian. Owszem, dążę do stabilizacji, ale nie godzę się na nudę. To taki spokój z elementami szaleństwa. Czekolada z domieszką chilli. Przyznam szczerze, że to chyba jedyna rzecz, której nie akceptuje mój mąż. Nic na to nie poradzę – czasami we mnie wrze i pokrywka musi na chwilę podskoczyć.

Wracając do dekorowania. Zaczęłam otrzymywać propozycje przygotowywania dekoracji od znajomych. Najpierw maleńkich stroików, a potem wystroju sal z okazji Pierwszej Komunii czy ślubu. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad swoimi ewentualnymi zdolnościami plastycznymi, ale zauważyłam, że te manualne zabawy znakomicie mnie relaksują. Uwielbiam kwiaty, ich układanie sprawia mi ogromną radość.

RK: Popołudniowe, okolicznościowe zabawy przerodziły się w małą firmę i stronę internetową pod nazwą „W siódmym niebie”.

Początkowo był to dodatkowy element na mojej aktorskiej stronie pod nazwą „Kama Decor”. Mam stałe klientki z Warszawy, Krakowa, do których wysyłam różne rzeczy pocztą. Z czasem przerodziła się ta działalność w większe projekty. Dość szybko akceptację zyskały moje pomysły na teatralizowane śluby i wesela. Pokazałam młodym parom, że nie wydając zbyt dużych sum mogą uzyskać niekonwencjonalną oprawę uroczystości. Moje „scenograficzne” spojrzenie spodobało się zaprzyjaźnionej plastyczce Agacie Rogozińskiej. Ona wchodząc do mojego domu spostrzegła, że żyję w dekoracjach. Ja z kolei poprosiłam ją o pomoc przy którymś z wielkich zamówień i w ten sposób stworzyłyśmy artystyczny tandem. Tak naprawdę jesteśmy jednak na początku drogi.

RK: Zdążyłyście jednak przygotować już wystawę ozdób bożonarodzeniowych w Centrum Informacji Turystycznej w Kaliszu.

- Tak, chciałyśmy pokazać, jak bez przesady, bez niepraktycznych pomysłów, można zadbać o odpowiednią oprawę świąt w domu. To miała być dla kaliszan inspiracja. Poproszono nas również o wystrój uroczystości związanej z Podsumowaniem Roku Sportowego oraz przygotowanie dekoracji dla Ogólnopolskiego Turnieju Tańca Towarzyskiego.

RK: A propos turnieju. Byłaś organizatorką ogólnopolskich rozgrywek tenisowych dla pań pod nazwą „Kama Baba Cup”. Twój mąż, Grzegorz Kulawinek, trener tenisa ziemnego, a niegdyś zawodnik pierwszoligowego AZS AWF Poznań, zdołał zarazić Cię jeszcze jedną pasją.

- Ha, nie byłam w tym zakresie nowicjuszką. Zawsze podobali mi się tenisiści. Zaczęłam grę w tenisa pod okiem mojego pierwszego chłopaka, który brał udział w poważnych turniejach dla prawników. Można powiedzieć, że Grzegorzowi zaprezentowałam już jakiś poziom gry. Pomysł na organizację turnieju dla kobiet wynikł oczywiście z mojego ADHD. Po prostu musiałam zrobić coś nowego. Zauważyłam, że na kortach pojawia się sporo kobiet, a są właściwie dyskryminowane i nie mają możliwości sprawdzenia się we współzawodnictwie. Mojemu mężowi  bardzo się ten pomysł spodobał. Zresztą nie tylko jemu, bo nasz turniej opisano również w czasopiśmie „Tenis”. Uczestniczki były ogromnie zadowolone, bo jeśli nawet nie zajęły jakiegokolwiek miejsca w zawodach, to mogły zdobyć cenną nagrodę w loterii organizowanej podczas tenisowej biesiady. Na jedną z nich zaprosiłam dwóch Trubadurów, czyli mojego ojca i Mariana Lichtmana. Kama Baba Cup miało trzy edycje, a ja poczułam, że już muszę zająć się czymś innym. Jestem również zapaloną narciarką, ale ze względu na dwie ciąże w krótkim odstępie czasu i opiekę nad dziećmi narty poszły w odstawkę. Mam jednak nadzieję, że niebawem całą rodziną staniemy na stoku.

RK: Ktoś mógłby powiedzieć, że powinnaś skupić się na jednym i nie marnować energii. Rzeczywiście może trudniej połączyć fascynacje sportowe i artystyczne, ale wszystko, co wiąże się ze sztuką moim zdaniem przynieść może zaskakujące efekty w Twoich występach scenicznych. Połączenie doświadczenia wokalnego z fizyczną sprawnością i warsztatem aktorskim już w tej chwili sprawdza się w Twoich rolach musicalowych. Przed chwilą w „Ferdydurke, czyli czasie nieuniknionego mordu”, a teraz w „Summertime”.

- Najwięcej mam do zarzucenia swojemu śpiewowi. Uwielbiam za to tańczyć. Choreografowie dali nam przy tym spektaklu straszny wycisk, ale mnie się to bardzo podobało. Wiem, że nie można być we wszystkim  dobrym i ja mam świadomość swoich braków, ale jednocześnie wiem, że mam warsztat i doświadczenie. Dzięki niemu czuję, co jest dla mnie dobre. Szybko orientuję się, które pomysły reżysera kłócą się z moją osobowością, które słowa dramaturga lub scenarzysty szeleszczą papierem.

Rozmawiał Robert Kuciński

 

Epro
Watch You Want